5 sztuk

Zanim opiszę swoje wrażenia z wystawy 5 SZTUK, która odbyła się w ramach tegorocznych obchodów Slow Art Day, kilka słów o poprzednim tekście i o blogu jako takim.

Doszły do nas informacje, że to co nazywamy blogiem, nim nie jest. Informacje słuszne bo: po pierwsze program (czy jak się teraz mówi – aplikacja) służący do łatwego, samodzielnego tworzenia i redagowania stron internetowych podlega nieustannym „ulepszeniom” i „poprawkom”. Zmiany te powodują głównie rozsypywanie się naszej strony WWW, z wielkim trudem postawionej przez Magdalenę. Utrzymywanie naszej witryny w stanie używalności dla ewentualnych odwiedzających pochłania wiele czasu i uwagi. Blog więc odłożyliśmy na później, a teksty umieszczane są na razie na zwykłej stronie pod zakładką „blog”. Po drugie – nie chcielibyśmy, aby nasze uwagi stawały się pretekstem do szybkich, emocjonalnych ripost. Mamy swoje, negatywne zdanie na temat wpisów pod czytanymi przez nas tekstami i dla tego, nawet jak uda nam się uruchomić prawdziwy blog, nie będzie w nim możliwości umieszczania komentarzy. Oczywiście! Oczywiście! Interesują nas opinie, spostrzeżenia i nawet negatywne uwagi ze strony łaskawych czytelników. Najlepszym jednak miejscem dla nich jest zakładka „kontakt” z możliwością ich przesłania.

Aby nie być gołosłownym – poprzednie spostrzeżenia te temat odbioru sztuki przez bywalców galerii nie zawsze spotkały się z pozytywnym odbiorem. Zrównanie osób odwiedzających świątynie sztuki z przykutymi do wioseł galernikami zostało odebrane jako obraźliwe. I pewnie powinienem uderzyć się w piersi, gdyby nie to że pisałem również o sobie.

Ten tekst podobnie jak inne nie miał ambicji bycia prawdą objawioną. Nie podważa informacji zawartych w  podręcznikach historii sztuki. Nie zaprzecza słowom kuratorów wystaw. Nie lekceważy pozycji uznanych artystów. Jest tylko próbą spojrzenia na sprawę z nieco innej perspektywy, bo dopiero złożenie widoku wielu oddalonych sylwetek tego samego obiektu, widzianych z wielu punktów widzenia, może przybliżyć nam jego prawdziwy kształt.

Ilu z nas (włączając w to mnie) kiedy ma okazję być w którejś ze Stolic Kultury, wiedząc że nieprędko tam wróci, stara się odwiedzić maksymalną liczbę Wielkich Galerii, a w nich przelecieć maksymalną liczbę Wielkich Mistrzów i ich dzieł. Nie ma to – moim zdaniem – większego sensu i dla tego o tym piszę.

Właśnie z tego powodu postanowiliśmy z Magdą włączyć się do akcji Slow Art Day organizowanej na całym świecie przez ludzi myślących podobnie.
(Więcej o akcji i wystawie 5 SZTUK w zakładce „wystawy).

5 SZTUK to pięć obiektów i pięć środków wyrazu. Obraz figuratywny, tkanina, obraz abstrakcyjny, grafika, i akcja artystyczna.

Jabłonka, będąca tytułem i zarazem przedmiotem akcji artystycznej rosła niegdyś przed galerią pracowni Artefakt, domowej pracowni Piotra Łukasiewicza i Misi Łukasiewicz. Galeria bez specjalnej namowy zgodziła się gościć nasze przedsięwzięcie, a nawet je współorganizować. Napisałem rosła niegdyś, bo nie kwitnie, nie wydaje owocu, a dendrolog powiedziałby zapewne, że to martwe drzewo, była jabłonka, jabłonka która kopnęła w kalendarz itd. Jednak jakby nie patrzeć stoi, wyciąga konary, stanowi oparcie, można sznur do niej przywiązać.

Akcja miała udowodnić, że jabłonka może też wpływać na otoczenie. Więc jabłonka jest czy jej nie ma. Jeśli lekarz orzeknie ustanie funkcji życiowych, to człowiek jest czy go nie ma. Usiłujemy sobie poradzić z tym nierozwiązywalnym dylematem rytuałem, metafizyką, pamięcią bądź rocznicową imprezą. Jeśli poezja Osoby, której krążenie ustało lata temu, czytana dziś budzi dreszcz. Jeśli muzyka wykonywana, bądź skomponowana przez Osobę, żyjącą zanim się urodziliśmy nas zachwyca. Jeśli podążamy za myślą nie żyjącego już pisarza. Wreszcie jeśli porusza nas obraz namalowany przez Osobę w innym stuleciu, to ta Osoba istnieje czy nie?

Na szczęście od jabłonki do galerii jest tylko parę kroków. Za wejściem mijamy tkaninę (o której za chwilę) i rzuca nam się w oczy obraz, który Piotr czyli autor zatytułował Mizaru. Kikazaru. Iwazaru.  Jest to potrójny portret, ukazujący te właśnie postaci (tak, tak, w tradycyjnej, japońskiej wersji są to – za przeproszeniem – małpy), a właściwie jedną osobę, która – jak się wydaje – nie chce widzieć niczego, co nie zgadza się jej rutynowym oglądem świata. Nie słucha niczego co mogło by zburzyć wygodny stereotyp, a jej mowa to zestaw rytualnych zwrotów mających jedynie na celu podkreślenie przynależności do właściwej grupy. Myślę, że stosunek Autora do tej postaci wyrażają dramatyczne gesty i użyta paleta. A może nie widzieć, nie słyszeć i siedzieć cicho to jedyny sposób na przetrwanie? Piotr sportretował MKI od tyłu, więc nie widzimy jego twarzy. Twarz jednak na pewno ma. Może Twoją, a może moją?

Tuż obok wisi obraz zatytułowany przez Joannę Jabłońską-Białowąs Trzy kolory. Turkusowy. Jest to obraz abstrakcyjny, nie pobudzający żadnego z obrazów zgromadzonych w naszej głowie. Z jednej strony nie można go dopasować do żadnego znanego stereotypu. Z drugiej nie można o nim powiedzieć „Ależ dla czego? Ja tam widzę coś innego”. Nie przedstawia. Nie komentuje. Nie pochwala i nie krytykuje. Jest jak Mandala. Utkana jednak pędzlem i farbą olejną – głównie turkusową. Mandala służąca jedynie medytacji, czyli wejrzeniu w siebie. Jedynie?

Po przeciwnej stronie zawisła – wspomniana wcześniej – tkanina Magdaleny, a właściwie 24 prostokątne, tkane, geometryczne kompozycje abstrakcyjne. Powtarzają się w nich kolory i skosy, ale każda jest osobna i skończona. Dopiero zszyte ze sobą wyraźnym ściegiem łączą się w precyzyjnie zakomponowany obraz – niczym muzyczna fuga. Stąd tytuł Fuga ES. Całość, choć zupełnie oryginalna, inspirowana jest genialnymi, ekspresyjnymi wedutami Czeskiego Krumlowa autorstwa Egona Schiele. Praca mówi o wzajemnych relacjach między szczegółem a całością. Czasem szczegół mówi o całości więcej niż ogólny plan. Czasem części współpracują aby stworzyć całościową kompozycję. Tu dodatkowo całość wpływa na odbiór poszczególnych elementów składowych.

A w głębi sali czai się Stary człowiek i morze 144. Jest to tytuł cyklu, a numer nie jest odzwierciedleniem pracowitości, tylko przezorności aby kolejne zapisywane kompozycje na pewno się nie „nadpisywały”. Tytuł cyklu jest skutkiem mojego wieku i fascynacji żywiołem jakim jest morze. Pozwolę sobie nie odpowiadać na pytania: „A jak pan to robi?” czy „Dla czego morze skoro ja widzę zupełni coś innego?”. Są to kompozycje graficzne zupełnie abstrakcyjne, wychodzące się z materiału fotograficznego. Choć jest on zrobiony na brzegu morza to nie przedstawia jego widoku. Są to różne faktury piasku, światła odbite przez wodę czy na przykład glony. Staram się do końca pozbawić je czytelności, a później poprzez wzajemne ich oddziaływanie wytworzyć nowy abstrakcyjny obraz. Akurat 144 miał przeciwstawić – widziane z daleka – złudzenie gładkiej, szklistej zielonej powierzchni, widzianemu z bliska szorstkiemu dywanowi ostrych, migoczących plamek w wielu odcieniach zieleni, żółci, błękitu, a nawet czerwieni. Ta dychotomia odnosi się do morza jako takiego. Z jednej strony to kojący jednostajny szum fal, za którym tęsknimy po wakacjach. Jednocześnie to brutalny, śmiercionośny żywioł, miotający samochodami, a nawet budynkami jak dziecinnymi zabawkami. To woda czyli ciecz. Stan skupienia materii, cechujący się tym, że przyjmuje kształt naczynia – jak uczą podręczniki. Mówiąc inaczej to naczynie wpływa na jej kształt. Wystarczy jednak odwiedzić wybrzeże Bretanii, południowo-zachodniej Portugalii, czy którejś z wysp wulkanicznych, żeby zobaczyć jak właśnie morze uformowało strome klify i fantazyjne figury w niezwykle twardych skałach granitowych lub bazaltowych. Oczywiście potrzebowało na to wielu milionów lat, bo to slow art. Stojąc na brzegu, nawet tak małego morza jakim jest Bałtyk, widzimy niemal nieskończony bezmiar wody. A inne morza i oceany są przecież wielokrotnie większe. Jeśli przemnożyć to przez (lekko licząc) średnią pięciokilometrową głębokość, to wyjdzie jakby nieskończona ilość wody. Ale, Ale.  Jednak gdybyśmy zmniejszyli średnicę kuli ziemskiej do 120 cm (taki duży globus, który jeszcze da się objąć ramionami), to wszystkie błękitne miejsca, czyli prawie 70% powierzchni pokryta była by pięciomilimetrową warstewką wody. I tylko tyle mamy do zaśmiecenia. Pamiętać trzeba, że wszystko co trafia do morza tam już zostaje. Wraca do nas jedynie destylowana woda w postaci deszczu. I tak od kilku tysięcy lat. Pamiętajcie o pięciu milimetrach.

To już koniec. Jeszcze tylko maleńka prośba. Czasem zdarza mi się przeczytać własne słowa w wypowiedziach innych osób. Jestem z tego bardzo dumny, lecz byłbym bardziej, gdybym był wspomniany jako autor lub gdyby został umieszczony link do naszej strony. Od takie oldscoolowe przyzwyczajenie.

5 sztuk Read More »